Niespodzianki w Pirenejach

Tadeusz Pawlak

Niespodzianki w Pirenejach

Właśnie minęło 25 lat od naszej pierwszej wyprawy w Pireneje. Zdawać by się mogło, że po tylu latach doświadczeń już nic nie jest w stanie nas zaskoczyć, nic nowego nie powinno się wydarzyć, bo wszystko poznaliśmy, wiele przeżyliśmy i jesteśmy przygotowani na każdą okoliczność. Rzeczywistość okazała się inna.

Nie będę wracał do tego, z czym miewaliśmy już do czynienia praktycznie podczas wszystkich poprzednich wypraw. Daruję sobie także opisy przyrody, dróg, krajobrazów i tym podobne atrakcje; nie liczcie też na relację ze zwiedzania muzeów, zamków, katedr i innych obiektów sakralnych. Skupię się na tym, co okazało się nowym zjawiskiem, co całkowicie nas zaskoczyło.

W moim prywatnym rankingu niespodzianek pierwsze miejsce zajmuje wywrotka. Nie czyjaś ale moja, absolutnie osobista wywrotka. No, może to nie nowość w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo przed kilku laty miałem już okazję wyłożyć się na glebę, ale tym razem była to dla mnie kompletnie niewytłumaczalna siurpryza. Wielokrotnie, w zwolnionym tempie, klatka po klatce, oglądałem film, pokazujący mój upadek i do dzisiaj nie znalazłem wytłumaczenia, dlaczego przednie koło utraciło przyczepność, skutkującą wywrotką motocykla na lewą stronę.

 

 

Poprzednią wywrotkę filmował Hans Peter, jednak nie zarejestrował wszystkiego, albowiem, widząc upadek, szybko odłożył kamerę i podbiegł mi pomóc. Żartowaliśmy później, że nie zachował się profesjonalnie, skutkiem czego straciliśmy część ciekawego ujęcia. Tym razem Peter nie popełnił tego błędu. Stał z boku i filmował, podczas gdy inni pomagali mi wydostać się spod motocykla. Zachował zimną krew i jak profesjonalny reporter z linii frontu, rejestrował wszystko na potrzeby kroniki filmowej.

 

*     *     *

 

Czy na przełomie czerwca i lipca wysoka temperatura może być w Hiszpanii zaskoczeniem? Okazuje się, że tak, zwłaszcza że wszystko dzieje się w Pirenejach na przeciętnej wysokości około tysiąca metrów nad poziomem morza. Czterdzieści stopni w cieniu to jednak mała przesada, szczególnie że jadąc w terenie trzeba trochę fizycznie popracować, a pot spływa po całym ciele. Jeden T-shirt na dzień, to w takich warunkach stanowczo za mało.

              Moje spocone plecy. Thomas jeździł ze stale przewieszonym na karku ręcznikiem

 

Koszulka tak nasiąkała słoną wilgocią, że po wyschnięciu zostawały białe plamy. Piliśmy zdecydowanie więcej wody. Jazda w godzinach największego upału przestała być jakąkolwiek przyjemnością. Po raz pierwszy zdarzyło się, że po zjedzeniu obiadu, zamiast ruszać w dalszą drogę, szukaliśmy lasu, aby w mocno zacienionym miejscu uciąć sobie dwugodzinną drzemkę.

Prawdziwą udrękę przeżyliśmy podczas powrotu na wybrzeże. Temperatura znacznie przekraczała czterdzieści stopni. Ubrani tylko w T-shirty i krótkie spodnie, jechaliśmy siedemdziesiąt, osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Do pokonania mieliśmy jakieś dwieście kilometrów. Jadąc, miałem nieodparte wrażenie, że ktoś umieścił przede mną olbrzymią, niewidzialną suszarkę do włosów. Wentylator i grzanie były ustawione na maksymalną moc. Efektem były spierzchnięte usta, a poza tym…

Zapewne każdy motocyklista, szczególnie ten, który jeździł jeszcze w epoce przeciekających nieprzemakalnych ubrań, zna to zjawisko. Podczas jazdy w deszczu następował moment, gdy pierwsze krople przesączały się przy szyi i powolutku, siłą grawitacji spływały po klatce piersiowej, brzuchu i kręgosłupie. Nie było to miłe uczucie. Tortura ta osiągała apogeum, gdy oba strumyczki spotykały się w okolicach krocza i dalej spływały po udach. Proszę, wyobraźcie sobie taką sytuację, gdy nie pada deszcz, a źródłem nawilgacania jest własne ciało.

Jak myślicie, co, w pierwszej kolejności, zrobiłem po powrocie do domu w Lloret de Mar? Nie, nie, żaden prysznic, żadna kąpiel w basenie. Przede wszystkim odpaliłem samochód, ustawiłem klimatyzację na pełne chłodzenie i pławiłem się w zimnie tak długo, aż poczułem dreszcze.

                                                        

                                                           *     *     *

 

Właśnie, z kamerą w ręce, zajmowałem dogodne stanowisko na zakręcie. Motocykl zostawiłem o wiele wyżej, aby nadjeżdżający koledzy go nie widzieli, a teraz starałem się ukryć w zaroślach, bowiem najlepsze filmy powstają wtedy, gdy nadjeżdżający nie widzą kamery. Liczyłem na dobre ujęcia, bo podjazd był stromy i pełen wykrotów.

— Hilfe, Hilfe! Feuer! Ich brenne!!! (Pomocy, pomocy! Ogień! Ja płonę). — Nie byłem pewien, czy dobiega mnie krzyk, czy może to omam słuchowy spowodowany upałem. Wołanie powtórzyło się, a jego paniczny ton, wyrwał mnie z bezruchu. Zacząłem biec w dół i po chwili dojrzałem stojącego w przechyle na kosz Zündappa i siedzącego na nim Sebastiana. Płomień, dobywający się z okolicy skrzyni biegów, lizał uda Sebastiana. Odrzuciłem kamerę i w biegu ściągnąłem T-schirt. W tym czasie Sebastian zeskoczył z motocykla i garściami nabierał piasek, którym usiłował tłumić płomień. Ten nie przygasał. Przydusiłem go koszulką, ale pojedyncze płomyki i tak się wydostawały. Kres pożarowi położył Thomas. Stojąc jakieś osiemdziesiąt metrów poniżej, zorientował się w sytuacji i, chwyciwszy baniak z resztką wody, dobiegł do nas. Jednym chluśnięciem opróżnił pojemnik i tym samym zakończył akcję gaśniczą.

Powiecie, że wodą nie powinno gasić się płonącej benzyny. Może i nie powinno, ale tym razem woda okazała się bardzo skuteczna.

Ustawiliśmy motocykl we właściwej pozycji i Sebastian, powoli, tyłem, zjechał do miejsca, w którym drogę przecinał mały strumień. Tutaj mieliśmy wystarczającą ilość wody, aby, w razie potrzeby, móc powtórzyć akcję. Obejrzeliśmy Zündappa — poza delikatnymi osmaleniami nie zauważyliśmy żadnych uszkodzeń. Sebastian, pełen obaw, uruchomił motocykl. Mógł ruszyć w dalszą drogę, ale zanim odjedzie, pozwólmy, by opowiedział tę przygodę własnymi słowami:

Ruszyłem pod górę, bo uznałem, że Tadek miał dostatecznie dużo czasu, aby zająć dobrą pozycję do filmowania. Podjazd był stromy, z kilkoma krytycznymi punktami. Miałem świadomość, że będę musiał kilka razy użyć wstecznego biegu. Obawy potwierdziły się po około stu metrach. Droga chyliła się na lewą stronę. Kontynuowanie jazdy groziło wywrotką, więc stanąłem, wrzuciłem wsteczny i próbowałem wycofać się. W tym momencie silnik zgasł. Chciałem go uruchomić nie schodząc z motocykla, bo nie byłem pewien, czy zsiadając, będę w stanie utrzymać go. Mógł stoczyć się do tyłu. W silnym pochyleniu kopałem dźwignię startera.

Pomny przestróg Tadka: Sebastian, w silnym lewym przechyleniu, zawsze natychmiast zamykaj dopływ paliw, zamknąłem kranik paliwa. Chwilę później okazało się to bardzo istotne. Nagle poczułem ciepło w okolicach lewego podudzia. Jeden rzut oka i włosy zjeżyły mi się na głowie, a serce zaczęło mocno walić. Od akumulatora, do wysokości kolana, lewą nogę obejmował płomień. Zacząłem się drzeć, wzywając pomocy. Pierwszy zareagował Tadek. Zobaczyłem go jak zbiegając, odrzucił kamerę i ściągnął koszulę. Tego ostatniego zachowania nie zrozumiałem. Zeskoczyłem z motocykla i garściami zacząłem rzucać piasek na miejsce skąd wydostawał się ogień. Dobiegł Tadek i koszulą częściowo go stłumił. Reszty dokonał Thomas, wylewając wodę na skrzynię biegów. Sytuacja została opanowana.

Zastanawialiśmy się potem, jak doszło do pożaru. Przede wszystkim zgasł silnik. Motocykl stał, bardzo pochylony na lewą stronę. Z gaźnika, przez rurkę wyrównawczą, wypływała benzyna i otworem w skrzyni biegów ściekała na akumulator, a następnie na rozgrzaną rurę wydechową. Tam musiała się zapalić. Groźniejszym skutkom tego pożaru zapobiegła sprawna akcja gaśnicza i wcześniejsze zamknięcie kranika benzynowego.

 

*       *       *

 

Po tym zdarzeniu, stromą drogą dojechałem do miejsca, gdzie wśród drzew mogłem swobodnie zaparkować Zündappa. Zostawiłem za sobą dosyć trudny odcinek. Wygląd drogi przede mną obiecywał, że dalej może być tylko ciekawiej. Zabrałem kamerę i mozolnie zacząłem dreptać pod górę. Po około dwustu metrach znalazłem idealne miejsce. Wygodnie się umościłem i czekałem na przejazd kolegów. Minęło pięć minut, i nic. Kolejne dziesięć, też nic. Kiedy upłynęło piętnaście, postanowiłem zejść i sprawdzić, co się dzieje. Minąłem mój motocykl i poniżej, w odległości może piętnastu metrów, dostrzegłem stojące motocykle, a obok nich Sebastiana i Thomasa.

— Co się stało? — zapytałem, a Sebastian, szeroko się śmiejąc, radośnie stwierdził:

— No, teraz Thomas próbował grillować jajka na Zündappie.

Okazało się, że Thomas, podobnie jak pół godziny wcześniej Sebastian, nie pokonał przeszkody z biegu i podczas manewrowania zgasł mu silnik. Naturalnie, motocykl stał z przednim kołem umieszczonym dużo wyżej niż tylne i bardzo przechylony na lewą stronę. Później było tak jak u Sebastiana. Wyciek benzyny po obudowie skrzyni biegów i dalej, po akumulatorze, na rozgrzaną rurę wydechową. Płomień, próba gaszenia piaskiem. Bez powodzenia. Sebastian podbiegł do mojego motocykla — wiedział, drań, że zawsze mam wodę mineralną — i wyciągnął kilka butelek mojej ulubionej Vichy Catalana. Ta woda skutecznie ugasiła pożar.

Dlaczego doszło do pożarów? Nie potrafimy tego wytłumaczyć. Od czterdziestu lat jeździmy KS 750, od dwudziestu pięciu, w Pirenejach. Wiele razy staliśmy w głębokim przechyle na lewą stronę, gdy benzyna wyciekała i spływała na rozgrzaną rurę wydechową. Nigdy nie zdarzyło się, aby nastąpił zapłon paliwa. Dlaczego teraz i to dwukrotnie? Dopatrujemy się dwóch różnic, w porównaniu z latami poprzednimi — zdecydowanie najwyższa temperatura powietrza i paliwo, według normy E10, składające się z innych komponentów.

Czy ktoś ma jakąś wiedzę na ten temat? Chętnie poznam teorie, tłumaczące opisane zjawisko. Proszę tylko, bez teorii podwójnych wybuchów, bez teorii gwałtownego wzrostu zawartości helu w powietrzu, czy też czegoś w tym rodzaju. Swoje przypuszczenia proszę kierować na adres boxer@motoweteranbazar.pl

Od tego roku uważam, że wożenie w bagażniku małej gaśnicy nie jest złym pomysłem.

Swoją drogą, to i tak mi żal tych kilku butelek Vichy Catalan.