Deszczowe Pireneje

Tadeusz Pawlak

Deszczowe Pireneje

 Początek czerwca w hiszpańskich Pirenejach to podobno okres wspaniałej pogody. Nie jest jeszcze zbyt gorąco a i opady bywają sporadyczne. Ale to wszystko jest tylko podobno. Tym razem niebiosa nie poskąpiły deszczu. Już w trakcie dojazdu do podnóży Pirenejów zaznaliśmy „rozkoszy” porządnej kąpieli. Ledwie zdążyliśmy usiąść do obiadu w przydrożnej restauracji a na zewnątrz rozpętało się piekło. Błyskawice wyładowań atmosferycznych tylko na moment rozświetlały nagle przygasły dzień. Krople deszczu, początkowe tylko grube z czasem zastąpione zostały wielkim niczym groch gradem.

                                 
                                                          Nasze motocykle mokną, gdy zjadamy smaczny obiad
Bardzo silna burza jak i prognozy wypowiadane przez tubylców skłoniły nas do zmiany planów. Zamiast, jak wcześniej planowaliśmy, od razu jechać wysoko w góry i nocować w namiotach, postanowimy wykorzystać udostępniony nam a położony na wysokości 1000 m n.p.m. dom Andreu.
Wykorzystując chwilowe przejaśnienie i osłabienie deszczu opuszczamy restaurację. Najbliższe prawie 90 kilometrów przejechaliśmy w chwilami bardzo intensywnym deszczu. Asfaltowe drogi miejscami pokryte są 10 – 15 centymetrową warstwą wody. Przez 20 lat jazdy po Pirenejach nigdy z czymś takim się nie spotkaliśmy. Mijające nas samochody, szczególnie ciężarowe, wzbijają potężne, zalewające nas dodatkowo, fontanny wody. W pewnym momencie dla jadącej z nami BMW R75 jest tego za wiele. Rozpryśnięta woda moczy iskrownik i przewody wysokiego napięcia. Całe szczęście, że tuż obok jest stacja benzynowa gdzie po doholowaniu beemki możemy zająć się osuszeniem jej instalacji.
W miarę jazdy nasze, bardzo dobrej jakości, ubiory częściowo przestają chronić nas przed lejącą się cały czas z góry wodą. Bardzo szczęśliwi osiągamy wreszcie dom Andreu.
                                                  Ten dom stał się na najbliższe 10 dni naszą bazą wypadową
Płonący kominek szybko wypędził z naszych ciał dreszcze i umożliwił szybkie wysuszenie naszych ubrań.
Poranek następnego dnia tylko na chwilę budzi nadzieję na radykalną zmianę pogody. Już koło 10 godziny niebo jest ponownie całkowicie pokryte chmurami. Mimo to decydujemy się odbyć niewielką przejażdżkę.
Dobrze znana nam droga zaskakuje nas wieloma niespodziankami. Ulewny deszcz spowodował poważne zniszczenia. Spływająca woda spowodowała, że droga stała się złośliwie śliska. Pierwszą ofiarą ślizgawicy stał się Ralf i jego Zündapp KS 750. Mimo woli zaparkował w krzakach na poboczu.
Dziwne to uczucie, gdy nawet przy niewielkiej szybkości motocykl sam obiera kierunek jazdy. Cały czas płynąca woda powoduje, że podłoże staje się miękkie i śliskie. Nawet dobre terenowe opony nie są w stanie zapewnić dobrego przylegania do podłoża.
                                                         Ralf nie może się nadziwić: jak ja to zrobiłem?
Nie jest to koniec niespodzianek. Gdy myślę, że najtrudniejsze już za nami następuje mocne uderzenie. Droga idąca dość ostro pod górę została bardzo rozmyta a w jej środku woda wypłukała podłużny jar osiągający miejscami głębokość 60 – 70 cm.
Peter jadący jako pierwszy jakimś cudem (ale także dzięki swoim umiejętnościom) przejeżdża ten fragment. Przy okazji jednak rozjeżdża jeszcze bardziej ledwie trzymającą się drogę.
Jadący za nim Henry nie ma już tyle szczęścia i zsuwa się wraz ze swoim BMW R75 z drogi na jej prawą stronę. W pierwszym momencie sytuacja wydaje się bardzo krytyczna, gdyż położenie motocykla sugeruję, że może on zsunąć się kilka metrów w dół.
Chwilowa panika została opanowana i przyszedł czas na rozważne działania. Celem naszym i tak pozostało przedostanie się BMW R75 jak i pozostałymi motocyklami ponad rozpadlinę.
Dzięki temu, że Zündapp Petera znalazł się powyżej przeszkody zyskaliśmy potężnego sojusznika w pracach przeprawowych. Zastosowawszy długą linę i asekurując motocykl w trzy osoby, kolejno przemieściliśmy wszystkie motocykle powyżej przeszkody. Tego dnia były to już wszystkie specjalne utrudnienia terenowe.
Pogodowo kolejne dni były bardzo podobne do siebie, czyli poranek z przejaśnieniami a później chmury, deszcz, deszcz… Nie zniechęciło to nas do codziennej jazdy. W końcu, jak sami sobie wmówiliśmy, nie byliśmy zrobieni z cukru. Niedogodność powodowaną przez płyn spadający z góry łagodził inny płyn aplikowany do wnętrza.
                               5+5 czyli pięć litrów czerwonego wina i pięć litrów wody tworzy znakomity napój
Bardzo intensywne opady powodowały, że coś co wcześniej znaliśmy jako niewielką stróżkę zamieniało się w całkiem poważny i rwący potok.
I tak dzień po dniu moczyliśmy siebie i nasze motocykle. Po kilku dniach zachmurzone niebo i siąpiący lub ulewny deszcz stały się dla nas prawie stanem normalnym.
Jak wyglądała jazda po rozmytych drogach pokazuję następne zdjęcia.
Szczególną trudność sprawiały rozjeżdżone, gliniaste odcinki. W takim miejscu Henry i Ralph zakopali swoje motocykle. Sam dostrzegając wcześniej co się dzieje zatrzymałem się odpowiednio wcześniej. Zostawiłem sobie w ten sposób większe pole manewru. Znalazłem drogę alternatywną, którą dzięki wsparciu kolegów mogłem przejechać powyżej miejsca utknięcia motocykli. Wyciągnięcie pojazdów poszło relatywnie łatwo. Jak zwykle pod tym względem mój Zündapp okazał się niezawodny.
Niewielkie błotne zagłębienia przy ich pokonywaniu wymagały rozwagi kierującego.
Chcę jednak przekazać pełną prawdę. Ostatnie trzy dni „pirenejskiej rajzy” odbyły się przy świetnej pogodzie. Nie oznacza to jednak, że drogi przez to stały się bardziej przyjazne. Niektóre odcinki mogliśmy pokonać tylko dzięki wielkiemu wysiłkowi. Czasem zmuszeni byliśmy zmuszeni do zabawy pod tytułem „budowniczowie dróg”.
I pomyśleć, że 2 lata wcześniej ten sam odcinek przejechałem samotnie w nocy. Dodam do tego, że jako „podobno” najlepszy specjalista od prądnic Noris godzinę wcześniej wskutek awarii straciłem prądy i jechałem w całkowitej ciemności posiłkując się tylko szybko słabnącą czołówką. Nie koniecznie musi to bezwarunkowo świadczyć o moim mistrzostwie (które tak czy siak jest niepodważalne) ale unaocznia jak w znacznym stopniu, w ciągu dwóch lat, droga może ulec erozji.
Słoneczna pogoda zawsze nastrajała do poszukiwania nowych dróg.Na poniższym zdjęciu widać, że Peter znajduje się w swoim żywiole.
Nawet z pozoru bardzo łatwa droga może zaskoczyć. Widać to na umieszczonym poniżej zdjęciu. Początkowo łagodne nachylenie na prawą stronę wzmagało się aby w kulminacyjnym momencie osiągnąć wartość krytyczną. W tym miejscu ( nie widać tego na zdjęciu) przednie koło wpada w niewielki poprzeczny uskok i cały motocykl obsuwa się. Nic poważnego się nie stało. Zagnieciony tylko został wiszący na koszu, z jego prawej strony, pojemnik blaszany. Szkoda, że wcześniej nie zamieniłem go na krótszą wersję.
Ładna pogoda całkowicie zmieniła nasze nastroje. Dzięki temu zwracaliśmy większą uwagę na piękno otaczającego nas krajobrazu.
Szczególny zachwyt wzbudziło miejsce naszego ostatniego noclegu. Była to położona na 1600 metrach grań umożliwiająca postawienie naszych kilku motocykli i dodatkowo rozbicie naszych namiotów.
Większość szczytów znajdowała się poniżej nas. Mieliśmy wgląd na położone w dolinach niewielkie miejscowości. Nocą zaś absolutna czerń łamały widoczne z bardzo daleka światła ulicznych latarni. Poranek zaś zachwycił mgłami wypełniającymi wszystkie znajdujące się poniżej doliny.
Podsumowanie:
-Mimo wyjątkowo niekorzystnej pogody i tę wyprawę zaliczamy do bardzo udanych.
-W terenie przejechaliśmy ponad 800 kilometrów
-Średnie zużycie benzyny mieściło się w przedziale 6.5 – 8 litrów na 100 kilometrów
-Średnie zużycie oleju  w zależności od motocykla wyniosło 0,4 – 0,7 litra przeliczając na 1000 km
-Nie zanotowaliśmy żadnej awarii technicznej
-Uszkodzeniu lub zniszczeniu uległy: prawy, koszowy pojemnik; kolektor wydechowy (przedni tłumik)
 i tłumik tylny
Ralph uszkodził (rozszczelnił), uderzając o skałę, kolektor wydechowy. Podczas odejmowania gazu do układu wydechowego dostawało się powietrze tworząc ze resztką paliwa zawartą w spalinach mieszaninę wybuchową. Następował samozapłon w układzie wydechowym. Towarzyszył temu głośny wystrzał. Ostateczne dopalanie odbywało się w tylnym tłumiku. Trwało to tak  przez 3 dni. W pewnym momencie, w układzie wydechowym musiało znaleźć się więcej resztek paliwa i tym razem usłyszeliśmy naprawdę potężny huk. To już nie był wystrzał karabinowy a wręcz armatni. Jak widać na zdjęciu powyżej tłumik rozchylił swe połówki a motocykl Ralpha uzyskał nowy interesujący „gang”.