Ku pokrzepieniu serc

Tadeusz Pawlak

„Ku pokrzepieniu serc.“

 

W poniedziałek rano o 9.00 wyjechaliśmy z Viersen kierując sie w stronę Szwajcarii. Naszym dzisiejszym celem był Zurych. Mieszka tam córka Petera, Daniela, którą przy okazji chcieliśmy odwiedzić. Mniej więcej o 16.00 dotarliśmy do  szwajcarskiej granicy. Tam, za 32 franki, musieliśmy kupić  winietę upoważniającą do korzystania ze szwajcarskich autostrad. Po 17.00 byliśmy w Zurychu. Teraz opisze sytuacje, które sprawiły, że ten fragment zatytułowałem „Ku pokrzepieniu serc”. Chciałem tym   samym zauważyć, że u nas w Polsce nie jest jeszcze tak źle i że, jednocześnie,  nie jest już tak źle.

Córka Petera wykupiła dla nas, za 15 franków,  zezwolenie upoważniające  do jednodobowego parkowania na ulicy, w miejscach oznaczonych niebieskimi liniami. Choć przejechaliśmy wokół domu Danieli kilka kilometrów nie znaleźliśmy wolnego miejsca, mimo że były takie cztery, ale  wszystkie zajęte. Zaparkowaliśmy więc na miejscu oznaczonym białymi liniami i zapłaciliśmy za godzinę postoju. W godzinach 19.00-7.00 parkowanie jest bezpłatne.  Rano o 7:00 zapłaciliśmy za godzinę parkowania (tyle jednorazowo można wykupić) i krótko  przed 8.00 poszliśmy pożegnać sie z Danielą. Kiedy o 8.05 wróciliśmy do samochodu, znaleźliśmy na szybie kwit opiewający na 40 franków kary. Tutejsza, bardzo sformalizowana biurokracja, przebija naszą zdecydowanie.

Krótko po 16 znaleźliśmy sie w Genui. Jakieś 2 kilometry przed portem w naszym aucie przestał działać kompresor sprężający powietrze, które steruje, m.in.,  hamulcami. Ciśnienie zatrzymało sie na wartości 9 atm. Na szczęście szybko znaleźliśmy dobre miejsce parkingowe. Obaj, niezależnie od siebie, szybko połączyliśmy sie z ludźmi, którzy, tak przypuszczaliśmy, musza posiadać „tajemną wiedzę” o działaniu kompresora. Postępując zgodnie z ich radami odkręciliśmy od głowicy kompresora wyjściowy przewód i po uruchomieniu silnika upewniliśmy się, że kompresor nie wytwarza ciśnienia. Odkręciliśmy 4 śruby mocujące głowice do cylindra i  zdjęliśmy ją. Natychmiast zobaczyliśmy, gdzie tkwi przyczyna naszego „bólu”. Uszkodzeniu uległa uszczelka.

Z dostępnego nam materiału (gruby papier) wycięliśmy uszczelkę i zamontowaliśmy głowicę. Po uruchomieniu silnika kompresor popracował tylko 5 minut. Po demontażu głowicy stwierdziliśmy, że uszczelka jest przepalona w tym samym miejscu. Lepszego materiału na uszczelkę nie mieliśmy.

Peter zadzwonił do ADAC z prośbą by przysłali kogoś, kto pomoże nam zorganizować właściwy materiał na uszczelkę. Rano, punktualnie o 8.00 pojawił się mechanik i zapoznawszy się z problemem zniknął na 15 minut aby  pojawić się z tworzywem,  które według nas nie było najlepszym pomysłem na nasze potrzeby, ale mechanik zapewniał, na 100%, że nowa  uszczelka wytrzyma. Zamontowaliśmy ją więc a  kompresor podjął  współpracę z nami.

Wjechaliśmy do portu I wtedy zaczęło się. Gdzie powinniśmy się ustawić? Gdzie cumuje nasz prom? Dlaczego nic się nie dzieje? Brak było jakichkolwiek zrozumiałych oznaczeń i tablic informacyjnych. Stwierdziłem, że jest to najbardziej klarowna forma włoskiego „bordello”

Wreszcie wjechaliśmy na właściwy terminal. Dokoła nas ustawiały się samochody Tunezyjczyków jadących z Włoch, Francji i Niemiec. Auta zapakowane były po dach, a na każdym dachu, dzięki przemyślnie  łączonym sznurom piętrzyły się misternie upakowane razem lodówki, telewizory i skutery

 

 

O 14:00 otworzono  2 okienka, w których można było odebrać opłacone miesiąc wcześniej bilety. Takiej kolejki i braku organizacji dawno już nie widziałem. Następny etap to wjazd na prom. Do dziś pozostało dla nas zagadką, jakie reguły przy tym obowiązują. Na szczęście wielu wskazówek, jak należy postępować, przekazali nam bardzo mili Tunezyjczycy, którzy na co dzień mieszkają i pracują  w Niemczech, dlatego nie mieliśmy najmniejszych problemów z prowadzeniem z nimi rozmowy.

Minęła 18:00, rozkładowa godzina odpłynięcia promu (nazywał się on Splendid)  a na nabrzeżu stało jeszcze bardzo dużo samochodów. Wreszcie o 19.30 ruszyliśmy i po 23 godzinach dobiliśmy do brzegów Afryki. Tunezja powitała nas bardzo przyjemną pogodą. O 18.00 było  jeszcze 20° C.

Wyjazd z promu i odprawa graniczna to nieprawdopodobny chaos. Wzajemnie tarasujące sobie drogę samochody; to cud, że nie dochodzi do stłuczek i kolizji. Przy pierwszej kontroli otrzymujemy stemple na formularzach dokumentujących wjazd naszych pojazdów. Następna kontrola to potwierdzenie, że wwozimy pojazdy oraz pytanie, czy mamy coś do oclenia. Naturalnie nic nie mieliśmy. Po przejściu 100 metrów ustawiamy się w kolejce do urzędnika, który wstępluje nam do paszportów wizy. Teraz jeszcze do funkcjonariusza, któremu dajemy nasze paszporty i formularze dotyczące naszych pojazdów. Stawia stosowne stemple i wystawia  dokumenty uprawniające nas do kierowania naszymi pojazdami na terytorium Tunezji.  Nareszcie możemy jechać. Hola, hola nie tak szybko. Przed bramą  u wyjazdu z portu stoi jeszcze jeden pan urzędnik i patrzy czy mamy wszystkie stosowne stemple a poprawność przeprowadzonej przez niego  kontroli sprawdza jeszcze następny pan. Uff! Trwało to ponad 3 godziny, ale nareszcie wyjechaliśmy z portu. Jesteśmy wTunisie.

Taka uboczna refleksja. Moją uwagę zwróciło, że policjanci i celnicy maja tak dużo znajomych pośród powracających Tunezyjczyków i że serdecznie witają sie z nimi przez podanie ręki. Chwilę później przypomniałem sobie, że takie zachowanie jest mi skądinąd znane. W ten sposób przekazuje się „z ręki do ręki”, czyli,  krótko mówiąc,  ten gest to wręczanie łapówki.

 

TP