Pireneje – Andora 2005

Tadeusz Pawlak i Ryszard Glen

Pireneje – Andora 2005

Przed 15-tu laty ja (Tadeusz Pawlak) i Hans Peter Hommes poraz pierwszy zabraliśmy nasze Zündappy KS 750 do Hiszpanii i tam przez 2 tygodnie zjeździliśmy wzdłuż i wszerz Pireneje. Było to dla nas całkowicie nowe doświadczenie. Dzień w dzień jazda po wertepach, górskimi dróżkami, leśnymi przesiekami a czasem całkowitym bezdrożem. Noclegi pod gołym niebem. Czasem przez cały dzień nie spotykaliśmy żadnego człowieka. Posiłki spożywane tam gdzie chcieliśmy i kiedy chcieliśmy. To było przeżycie, cały dzień morderczy wysiłek a wieczorem przy blasku księżyca bagietka, oliwki, żółty ser i butelka czerwonego, wytrawnego wina. Wtedy też stwierdziliśmy, że tym razem znaleźliśmy to, czemu warto poświęcać czas i że będziemy wracać każdego roku. W różnym składzie odbyliśmy 18 wypraw w Pireneje, gdyż czasem wyjeżdżaliśmy dwukrotnie w ciągu roku. Na wiosnę i jesienią. Przed kilku laty zaraziliśmy tą sama pasją Ryszarda Glena i od tej chwili we trzech stanowimy trzon naszych wypraw.

Nigdy wcześniej nie pisaliśmy obszernie o naszych „pirenejskich rajzach”. Tym razem stwierdziliśmy, że jednak nie powinniśmy być egoistami i podzielić się naszymi przeżyciami z tegorocznej podróży po Pirenejach i do Andory, z innymi ludźmi.

W tegorocznej imprezie udział wzięli: Peter, Norbert, Charli, Torsten, Thomas (Niemcy- Zündapp KS 750); Ryszard i ja (Polska-Zündapp KS 750) i Pier (Włochy-BMW R75). Wspomnieć także należy o naszych hiszpańskich przyjacielach, którzy zorganizowali spotkanie w Andorze.

Spotkaliśmy się w gościnnym domu Petera w Lloret de Mar (80 kilometrów od Barcelony).


Zbiórka u Petera

Pierwszy dzień poświęcamy na aklimatyzację. Jest to tym łatwiejsze i jednocześnie przyjemne, że już w odległości 5 minut jazdy od siedziby Petera znajdują się lasy i wzgórza znakomite do jazdy terenowej. Cały ten obszar nosi nazwę La Selwa czyli las. Mimo, że to tylko kilka kilometrów od brzegu Morza Śródziemnego, można znaleźć dróżki, które w pojedynkę mogą być nie do pokonania.

Kolumnę motocykli prowadzi Peter, z racji najlepszego rozeznania terenu, a zamykam ja i poprzedzający mnie Ryszard. Wspaniała pogoda a jednocześnie usłyszana informacja, że 2 tygodnie wcześniej w tym rejonie były intensywne deszcze, które na pewno wyżłobiły głębokie rynny w drogach, gwarantują, że już tutaj znajdziemy okazję wykazania do czego zdolne są nasze motocykle.

I nie mylimy się w naszych oczekiwaniach. Kilka ostrych podjazdów daje nam solidnie w kość.

Motocykle wraz z nami zdały egzamin.

Następnego dnia rano wyjeżdżamy z Lloret de Mar i drogą C-63 kierujemy się na miasteczko Santa Coloma de Farners. Dalej jeszcze około 20 kilometrów i znajdujemy się w swoim żywiole. Droga wiedzie przez las i pod górę. Po około pół godzinie jazdy jesteśmy już na wysokości 900 m n.p.m. Celem tego dnia jest osiągnięcie sztucznego jeziora Panta de Sau. Pogoda dopisuje nam, jest słonecznie i bardzo ciepło. Mimo tego, w czasie jazdy nie odczuwamy nadmiernego upału. Po kilku godzinach terenowej jazdy docieramy do asfaltowej drogi, którą dojeżdżamy do miejscowości o nazwie Vilanova de Sau. Z tego miejsca droga, kretą serpentyną, wije się ostro pod górę na długości około 5,5 kilometra. Od miesiąca planowałem z Peterem, że tutaj wypróbujemy, który z naszych motocykli jest aktualnie mocniejszy i szybszy. Do tej pory mój motocykl nie miał konkurencji ale w nowym motocyklu Petera jest obecnie zainstalowany, specjalnie dla niego wykonany, wał korbowy, który zwiększył stopień sprężania i pojemność skokową.

Pierwszą część dystansu pokonuję przed Peterem czując cały czas jego oddech na plecach. Momentami jedziemy równolegle wchodząc w zakręty na granicy przyczepności. Nasi koledzy zostali daleko w tyle. Wchodząc w jeden z zakrętów spóźniłem redukcję biegów i w tym momencie Peter mnie wyprzedza. Niestety, już do końca nie popełnia błędu i na szczyt wjeżdża kilka metrów przede mną. Ale to nie jest moje ostanie słowo. Za rok ponowimy próbę. Następny motocykl przyjechał po ponad 30 sekundach.

Przez kilka minut dzielimy się z innymi wrażeniami z naszego wyścigu.

Znowu ruszyliśmy zjeżdżając kilka kilometrów do jeziora a następnie wzdłuż jego brzegów dojechaliśmy do jednej zapór. Jeszcze kilka kilometrów w dół do mostu na rzece el Ter i już wzdłuż jej drugiego brzegu pniemy się ponownie w górę. Po lewej ręce mijamy zaporę i po 10 minutach jazdy zatrzymujemy się na nocleg. Koledzy rozkładają namioty. My z Ryśkiem postanawiamy spać pod gołym niebem. Nie ma nic piękniejszego jak rozgwieżdżone niebo nad głową.

Zanim udaliśmy się na spoczynek przeprowadzamy jeszcze inspekcję naszych motocykli. Ryszard i ja diagnozujemy, dlaczego prądnica w Torstena KS 750 ma za słaby prąd ładowania. Wymiana szczotek całkowicie zmieniła sytuację. Do końca podróży Torsten wielokrotnie dziękował nam za pomoc i często innym pokazywał, włączając reflektor, „patrzcie jakie mam silne światło”.

 

 

 


Widok na zaporę i jezioro z miejsca naszego noclegu

Cięg dalszy nastąpi