Sahara piaszczysta

Tadeusz Pawlak

Sahara piaszczysta

       Opuszczamy Douz i kierujemy się ku zachodowi. Przybliżamy się do granicy z Algierią i po około 35 kilometrach odbijamy od głównej drogi i skręcamy na południe. Klucząc wśród plantacji palm daktylowych wyjeżdżamy w końcu na otwartą Saharę.

     Dzisiaj naszym celem jest obszar na pustyni gdzie można znaleźć „róże piaskowe”. Ponieważ  dojazd  do tego miejsca powinien być relatywnie łatwy, postanawiamy wykorzystać wycieczkę do przećwiczenia naszych umiejętności i sprawdzić dzielność pojazdów. Ja i Peter w Unimogu czujemy się „osaczeni” przez Christopha, który na Yamasze prześlizguje się po wydmach raz po naszej lewej stronie, to znowu po prawej. Nagle widzimy jak motocykl „staje na głowie” a nasz kolega ląduje w miękkim piasku. Po chwili jeździec i jego maszyna są doprowadzeni do pionu i możemy kontynuować podróż
     Bardzo miałki piasek, z którego na niektórych odcinkach usypane są niewielkie wydmy sprawia, że koła Unimoga zapadają się w nim dość głęboko. Zauważamy, że inne pojazdy musiały w tych miejscach szorować podwoziem. Wysoko zawieszony Unimog nie ma najmniejszych trudności z przejazdem na tych odcinkach drogi. Jedziemy nie korzystając z napędu na wszystkie kola. Tylny napęd wystarcza całkowicie. Pierwsze wyższe wydmy pokonujemy z marszu biorąc odpowiedni rozpęd i po chwili zauważamy, że nasz nawigator „Garmin” nakazuje nam, jeżeli chcemy znaleźć „piaskowe róże”, obranie kierunku bardziej na zachód.
 
     Posłuszni nawigacji jedziemy zgodnie z jej sugestią. Przeskakując z wydmy na wydmę lądujemy  w miejscu, gdzie znajdujemy rożnej wielkości formy piaskowe, które kształtami jako żywo przypominają rozkwitłe róże. Każdy z nas bierze po kilka okazów na pamiątkę i obieramy kurs na camping w Douz.
     Po tej wyprawie nasze zaufanie do Unimoga wzrosło niepomiernie. W drodze powrotnej na camping w Douz zatrzymujemy się na miejscowym targu i za jednego dinara kupujemy cztery szklaneczki. Muszą ona zastąpić stłuczone kieliszki do wina. Tylko co nam zastąpi wino?
     Nasi campingowi sąsiedzi polecili nam restaurację HABIT, twierdząc, że jest najlepsza ze wszystkich serwujących miejscowe dania. Zaletą ma być także możliwość kupienia wina. Restauracja urządzona jest w stylu przypominającym nasze restauracje z lat 60-tych. Jedzenie było, łagodnie mówiąc, takie sobie. To co mamy w swoich zapasach na pewno jest smaczniejsze.
      Jeszcze wczoraj wypatrzyliśmy jedyny działający w Douz Publinet. Dzisiaj odwiedzamy go i umieszczamy na naszych stronach najnowsze informacje o wyprawie.
     Czwartek jest dniem targowym w Douz. Wczoraj w nocy widzieliśmy handlarzy rozstawiających swoje stoiska. W dzień rynek wygląda bardzo kolorowo. Wielu z oferowanych towarów spożywczych zupełnie nie znam. Widzę małe suszone ryby, które zdaje się są ulubionym przysmakiem tutejszych much.
      Na stołach piętrzą się figi i daktyle. Ten region przoduje w uprawie daktyli. W workach ustawianych na stołach, a w wielu przypadkach usypane bezpośrednio na betonowym podłożu oferowane są różne przyprawy. W powietrzu unosi się ich intensywny zapach i kręci w nosie.
      Jest też oddzielna cześć rynku, gdzie handluje się rzeczami, które można zaliczyć do grupy artykułów gospodarstwa domowego. Miejsce to jako żywo przypomina sklep „wszystko za 4 złote”. Jesteśmy na targu, robimy więc niewielkie zakupy – pieczywo, daktyle, potem na chwile przysiadamy w restauracji by na powietrzu  napić się herbaty. Jest słodka i ma miętowy smak.
      Obsługa żąda za szklaneczkę herbaty 1,5 dinara co jest horrendalną ceną bo normalnie jedna herbata kosztuje około 0,25 dinara. Zostawiamy na stole 1,5 dinara i kelner bez słowa sprzeciwu akceptuje taka zapłatę.
     Tankujemy do pełna, także 5 kanistrów. Od jutra, przez kilka dni nie będziemy mieli możliwości uzupełnienia paliwa. Jedziemy na południowe obrzeża Douz, gdzie przecina sie większość szlaków prowadzących na Saharę. Sami obieramy kierunek na oazę Ksar Ghilane. W połowie drogi odbijamy w prawo kierując sie na Tambaim, niewielką płaską górę leżącą około 30 kilometrów od północnego skraju pustyni.
     Droga wiedzie dość wyboistym szlakiem, urozmaiconym gdzieniegdzie niewielkimi wydmami. Niedaleko  przed Tambaim natykamy się na większe skupienie wydm.
     Pośród wydm spotykamy grupę Arabów w towarzystwie 5 wielbłądów i 2 osiołków. Są także kobiety. Mają  całkowicie zakryte twarze. Pozdrawiamy wszystkich serdecznie.
     Kilkaset metrów dalej, przy drodze,  stoi dwójka niedużych dzieci. Przyglądają sie nam z zainteresowaniem. Zatrzymujemy sie i dajemy im cukierki. Na buziach wykwitają uśmiechy szczęścia. Radość dzieciaków jest wręcz namacalna. Dzieci dziękują i entuzjazmem machają rączkami na pożegnanie kiedy odjeżdżamy.
      Po wieczór obserwujemy zachód słońca za Tambaim i szybko szukamy odpowiedniego miejsca na nocleg. Co prawda w pobliżu znajduje się camping z namiotami do wynajęcia ale wolimy swobodę na „pustej” pustyni. Szacujemy, ze camping może przyjąć około 200 osób ale poza obsługą nie ma tam żywej duszy. Na całym szlaku nie spotkaliśmy żadnego  pojazdu.
      Kolejny dzień. Planujemy wyruszyć o 9.30. Wcześniej przywdziewam kurtkę i kask. Wczoraj wieczorem zdjęliśmy nasza Yamache 125 i Peter dokonał przejażdżki wokół Tambaim. Dzisiaj ja mam dosiąść naszą krosówkę.
      Przejeżdżamy 30 km i zatrzymujemy się obok kawiarni na rozdrożu.  Ten dystans wcale nie był łatwy. Większość drogi, czyli w tym wypadku wydm, pokonywałem na pierwszym biegu a i tak w wielu przypadkach dawał się odczuć brak dostatecznej mocy i właściwego momentu obrotowego.
 
     Droga  od Tambaim do kawiarni na rozdrożu była łatwiejsza niż wczorajsza jazda w przeciwnym kierunku. Po prostu większość wydm i związanych z nimi utrudnieniami pokonywaliśmy teraz jadąc z góry a nie pod górę.
      W rejonie, w którym teraz jesteśmy  od marca nie spadła kropla deszczu. Piasek stał się lekki jak puder. Ogromnie utrudniało to jazdę motocyklem. Kilkakrotnie zakopałem  się głęboko i tylko dzięki ciężkiej pracy mogłem wyciągnąć motocykl.
 
      Także Christoph, który jechał o wiele mocniejszą Yamachą TT 600 napotykał podobne problemy. W tym czasie Peter  Unimogiem jechał bez żadnych przeszkód. Nie miał okazji do spocenia sie, w przeciwieństwie do mnie. Większość drogi Unimog pokonał bez załączania napędu na przednią oś.
      Wspomniana wcześniej  „Cafe na rozdrożu” to szałas wypełniony  dywanami i materacami. Wypiliśmy herbatę. Była słodka i miała miętowy smak.
 
     W trakcie naszej „sjesty” pojawiła sie grupa motocyklistów z Niemiec. Towarzyszyła im wypełniona po brzegi kanistrami Toyota pic-cap będąca własnością przewodnika. Po przejechanych 60 kilometrach niektóre motocykle wymagały już dotankowania. Ruszając wytworzyli olbrzymią chmurę pyłu, od której wolny był tylko kierowca będący na czele grupy. Odjechali w kierunku Tambaim.
     Następne 29 kilometrów do drogi łączącej Douz z Ksar Ghilane miało prowadzić według naszej wiedzy prostym, szerokim szlakiem. Kilka ewentualnych wydm nie powinno sprawiać trudności, jednak już pierwsze kazały zrewidować nasze wyobrażenia.  Wydmy były wprawdzie krótkie ale za to strome i wysokie na pięć, sześć metrów. Najeżdżając na nie nigdy nie byliśmy pewni czy za  wierzchołkiem szlak prowadzi w prawo czy tez w lewo. Dopiero zjeżdżając z wydmy widzieliśmy w którą stronę mamy jechać. Czasem po gwałtownym skręcie w prawo natychmiast następował zwrot o 90° na następną wydmę. Uniemożliwiało to  nabranie odpowiedniego rozpędu i mimo wystarczającej mocy nie można było osiągnąć wierzchołka wydmy. Załączany był wtedy wsteczny bieg i po wycofaniu sie po prostej z odpowiednim „szwungiem” przejeżdżaliśmy przez wydmę. Po tych doświadczeniach przejechanie pozostałego odcinka drogi łączącej Douz z Ksar Ghilane było dziecinną igraszką zarówno dla kierowcy jak i pojazdu.
 
     W pobliżu drogi, po lewej stronie mijamy ruiny fortu, ale postanawiamy zwiedzić je jutro ze względu na zbliżającą się noc.
     W Ksar Ghilane spotykamy trzech Włochów, którzy przyjechali tu  Ranger Roverem. Poza nimi nie ma  innych turystów. Nad stawem, do którego wprowadzana jest ciepła woda ze źródła artezyjskiego, otwarte są trzy lokale. W jednym siedzą Włosi, w drugim my a trzeci ma pecha. Jest całkowicie pusty.
     Ostatniego roku było tutaj gwarno. Mielibyśmy ogromne trudności za znalezieniem wolnego miejsca na oazowym parkingu. Dziś panuje tu całkowita pustka.
     Zanim przez wydmy pojedziemy do ruin fortu generała Leclerca zdejmujemy zamocowane z tylu Unimoga trzy 20 litrowe kanistry i uzupełniamy paliwo w głównym zbiorniku. Pozbywamy sie w ten sposób 60 kilogramów z tylu poza osia Unimoga. Na pewno korzystnie to wpłynie na własności trakcyjne pojazdu. Napełnienie zbiornika pozwala nam wyliczyć, że na normalnym szlaku zużycie paliwa mieściło sie w granicach 29 litrów na 100 kilometrów. Natomiast ciężka praca na wydmach wywołała paliwożerność sięgającą 34 litrów na 100 kilometrów. Aby łatwiej zrozumieć skąd sie bierze tak duże zużycie wystarczy spojrzeć na dane, które podaje nasz „Garmin”. Na ostatnich 90 kilometrach pokonując tylko wysokie na 3-6 metrów wydmy, wykonaliśmy pracę jaka pozwoliłaby wjechać na wysokość 1360 metrów.
      Christoph wyprzedza nas w drodze do położonych na wzgórzu, niedaleko Ksar Ghilane, ruin niewielkiego fortu. Fort zbudowany był na planie kwadratu o boku sięgającym około 50 metrów.
     Ze wzniesienia na którym zbudowano  fort rozciąga się panorama z widokiem  na całą okolicę. Takie położenie w dawniejszych czasach zapewniało efektywną kontrolę ważnych szlaków komunikacyjnych wiodących przez Saharę.
     Przez pewien czas ćwiczymy jeszcze   jazdę po wydmach i w okolicy południa lądujemy ponownie w Ksar Ghilane. Tu odpoczywamy  siedząc przy stawie i pijąc herbatę. Jest słodka i ma miętowy smak.
     Christoph potrzebuje kilku litrów benzyny aby móc kontynuować jazdę. Jest skazany jest na nasze towarzystwo, bo do chwili obecnej nie spotkaliśmy innych indywidualnych motocyklistów, do których mógłby się przyłączyć. Na położonej poza campingiem kanistrowej stacji benzynowej oferują mu jeden litr benzyny za 3 dinary. To więcej niż dwukrotność normalnej ceny, bo wszędzie cena litra benzyny to 1,35 dinara. Kupuje więc trochę paliwa na campingu płacąc 2 dinary za jeden litr. Jedno należy powiedzieć – camping w Ksar Ghilana jest czysty i dobrze utrzymany.
      16 kilometrów dalej, w kierunku na południe znajduje się kolejny camping, który według zapewnień  zamieszczonych w internecie jest  wyjątkowo przyjazny turystom a ponadto posiada basen z ciepłą wodą. Campement Ain Essebat. Taki napis, umieszczony nad bramą, wita przyjezdnych. Rzeczywistość okazała sie bardziej przykra. W basenie było tylko około 15 cm wody, otoczenie sprawiało wrażenie dość zaniedbanego. Jedynie sanitariaty nie budziły zastrzeżeń. Po rozmowie z recepcjonistą odnieśliśmy wrażenie, że jesteśmy gośćmi pierwszymi od trzech miesięcy. Chmury much dopełniły czary goryczy. Uruchamiamy nasze pojazdy i startujemy na pustynie, gdzie z pewno znajdziemy znakomite miejsce na nocleg. Także dzisiaj nie spotkaliśmy ani jednego turysty.

TP