Tunezja północna

Tadeusz Pawlak

Tunezja północna

 

     O ósmej rano w Tunisie jest bezchmurnie przy temperaturze 21°C. Kierujemy się na północ.  Korzystamy z autostrady i po przejechaniu ponad 60 kilometrów docieramy do  miasta Bizerta. Przejazd autostradą kosztował w przybliżeniu 1 euro.
     Mimo nawigacji Garmin przejazd przez Bizertę  trochę trwa. Za miastem zamieniamy sie z Peterem miejscami i od tej chwili ja zasiadam za kierownicą  Unimoga. Po raz pierwszy mam okazje prowadzić ten pojazd i wrażenia są całkiem, całkiem pozytywne. Zjeżdżamy w boczna drogę, która ma nas doprowadzić do latarni morskiej Cap Serrat, położonej na wybrzeżu, na wysokości ponad 200 metrów.
 
     Kałuże na drodze i na polach świadczą, że niedawno musiały być dość obfite opady deszczu. Drogę żłobią głębokie koleiny. Prowadzenie samochodu jest dla mnie nadspodziewanie łatwe. Biegi przełączają się z dziecinną łatwością a wystarczający zapas mocy redukuje do minimum potrzebę częstej zmiany biegów.
     Krajobraz jest fantastyczny. Z jednej strony bardzo bujna, soczysta zieleń, następnie rozdzielający pas złocistego piasku, po którym jedziemy, a z drugiej strony samochodu, aż  po horyzont  intensywnie niebieskie Morze Śródziemne.
     Unimog bez najmniejszych problemów wspinał sie wąską, wyboista i do tego stromą drogą. Niestety do samej latarni nie dojechaliśmy, gdyż jest ona ogrodzona, a  jako obiekt wojskowy, niedostępna.
     Po wielu manewrach zawracamy na wąskiej drodze i dalej jedziemy  wzdłuż odległego 30-50 metrów morskiego brzegu.  Docieramy w okolice Sidi Machreg.
     W pewnym momencie dostrzegam coś co sprawia, że zrosił mnie zimny pot. Kontrolka hamulca ręcznego świeci się a wskaźniki ciśnienia zatrzymały sie na wartości 8 atm. Bez użycia hamulca zatrzymuję samochód i zamieniamy sie miejscami z Peterem (on ma większe doświadczenie w prowadzeniu Unimoga). Przejechaliśmy, nie używając hamulca, jeszcze około 30 kilometrów, aż znaleźliśmy dogodne miejsce nadające się na nocleg.
     Od razu zdemontowaliśmy głowicę sprężarki i okazało się, że uszczelka jest zniszczona w  tradycyjnym miejscu. Wprawdzie mieliśmy dość materiału na dorobienie kilku następnych ale zupełnie nie podobała nam się perspektywa przeprowadzania napraw co 150 kilometrów. Aha! Jeszcze jedno. Wcześniej sprawdziliśmy stan przylgni cylindra i głowicy. Obie były proste i nie tutaj leżała przyczyna niedomagania.
      Powodem było niewłaściwe tworzywo z którego wykonaliśmy także ostatnią uszczelkę. Po namyśle (naturalnie posługując sie przy tym tak nieodzownym instrumentem jak rozum) stwierdziliśmy, że najlepszym materiałem na uszczelkę mogłaby być blacha miedziana lub aluminiowa, ale takiej nie mieliśmy. W naszych zapasach był natomiast chleb zapakowany w blaszane puszki. Blacha tej puszki była relatywnie miękka i prosta (bez przetłoczeń). Po pomiarach stwierdziliśmy, że potrzebujemy 2 uszczelki. Tylko w ten sposób mogliśmy osiągnąć idealną wielkość odpowiadającą grubości blaszanego zaworu.
     Wycięcie uszczelek trochę trwało, ale mieliśmy dobrze działający kompresor. Od momentu zamontowania nowych uszczelek przejechaliśmy już ponad 250 kilometrów i nie mamy żadnych problemów. Dodatkowo Peter  zaworem regulacyjnym zmniejszył ciśnienie z poprzednich prawie 19 atm. do wartości 15 atm.

TP