Tunezja środkowa

Tadeusz Pawlak

Tunezja środkowa

      Kolejny poranek. Strasznie cieszy nas dźwięk zaworu otwierającego się przy ciśnieniu 15 atm. zaworu. Ruszamy na południe Tunezji. Po lewej ręce zostawiamy miasteczko Sajanan i bardzo lokalnymi drogami, nie przekraczając  40 km/h jedziemy w kierunku miasta Beja.

     Jesteśmy zaskoczeni , jak dużo ludzi widzimy po drodze. Jedni idą pieszo, wielu jedzie dosiadając na oklep osiołków a jeszcze inni podróżują małymi wózkami zaprzężonymi w osiołki. Spotykamy ich na dużych drogach, całkiem niewielkich, podrzędnych, dostrzegamy na znacznie odległych polach.  W mijanych miasteczkach chodniki zajęte są przez mężczyzn. Siedzą przy herbacie i zawzięcie dyskutują. Inni tylko siedzą i patrzą przed siebie (pewnie mają więcej czasu). Wszędzie jest dużo dzieci. Tunezyjczycy są nastawieni do nas bardzo przyjaźnie. Prawie wszyscy pozdrawiają nas gestem dłoni i uśmiechem.
      W jednym z mijanych miasteczek chcemy kupić jajka. Oczywiście nie znamy tutejszego języka, francuski opanowaliśmy w zakresie ok. 20 słówek. No to każdy z nas włączył do rozmowy po 10 palców i okazało się, że nie ma dla nas barier językowych. Udaje nam się znakomicie dogadać ze sklepikarzem i jajka są nasze. Do tej pory nie spotkaliśmy się z żadnym przejawem niechęci. Wszędzie spotykamy bardzo miłych, przyjaźnie i życzliwie nastawionych tubylców.
      Trafiamy na bardzo ładnie położone miejsce i postanawiamy zatrzymać się i przygotować obiad. Peter wykorzystuje dopiero co kupione jajka i wysmaża nam dwa wspaniałe omlety faszerowane pomidorami, cebulą i drobno pokrojoną kiełbasą krakowską. Świeże powietrze i czerwone wino dopełniają wytworności posiłku.
     Po obiedzie ruszamy w dalszą trasę. W pewnym momencie droga rozwidla się w miejscu gdzie znajduje się punkt czerpania wody. Wykorzystujemy okazję i uzupełniamy zapas wody do mycia. Gdy zastanawiamy się, którą drogę wybrać pojawia sie starszy Tunezyjczyk i pozdrawia nas tradycyjnym „salam alejkum” (pokój z wami).  Potem witamy się uściskiem dłoni a Tunezyjczyk dodatkowo wykonuje skłon i przyciska prawą dłoń do serca. Jesteśmy pod wrażeniem!
     Rozmowa była połączeniem kilku francuskich słów i ręcznej gestykulacji. Udało nam się jednak pojąć, że jeśli pojedziemy w lewo, to trafimy do wsi gdzie droga się kończy, a jeśli w prawo, to po ok. 200 m. może nas zatrzymać wypłukany deszczem rów. Przecina on drogę nie tylko w poprzek ale i nieco skośnie, jest głęboki na 60-70 cm i szeroki na ponad pół metra. W dodatku po lewej stronie ściana wznosi się stromo a po prawej jest urwisko. Uznaliśmy, że w tych warunkach, nawet dla Unimoga, jazda jest dość ryzykowna. Przecież nie musimy nikomu udowadniać, że jesteśmy dobrzy. W końcu jesteśmy na urlopie i chcemy się dobrze bawić.
     Żegnamy się z sympatycznym Tunezyjczykiem i zawracamy. Wcale nie żałujemy nadrobionych ponad 20 kilometrów. Ponowne podziwianie wspaniałych widoków wynagrodziło nam w pełni to, naszym zdaniem,  drobne utrudnienie.
     Jechaliśmy dalej. Stromizna drogi na niektórych odcinkach osiągała  20-30%. Zbliżała się godzina 18.00, a co za tym idzie zapadał mrok. Byliśmy zmuszeni dość szybko znaleźć dogodne miejsce na nocleg. Zatrzymaliśmy się tuż przy drodze, gdyż już wcześniej przekonaliśmy się, że po zmroku ruch całkowicie zamiera. Noc minęła spokojnie.
     Kolejny poranek wita na znakomitą pogodą. Jest niedziela i pozwalamy sobie na nieco późniejszą pobudkę, szczególnie, że wieczór spędziliśmy na niezwykle przyjemnej rozmowie podlanej kilkoma kieliszkami wina. Nasza debata przeciągnęła się trochę, ale było warto.
     Ruszamy i po godzinie docieramy do miejscowości  Douga. Przez prawie 4 godziny przechadzamy się po ruinach miasta zbudowanego przez Rzymian. Po upadku miasto było  systematycznie przysypywane piaskiem nanoszonym przez wiatr. Już w XII wieku piasek przykrył je całkowicie. Na tym miejscu nowi mieszkańcy  zaczęli stawiać  nowe domy. Pod koniec XIX wieku Francuzi rozpoczęli prace rekonstrukcyjne, które trwają do dzisiaj. W 2004 roku Douga wpisana została na listę UNESCO. W niezłym stanie zachowały sie amfiteatr, Kapitol i pomniejsze zabytki ówczesnej architektury.
     Na odkopanie czekają jeszcze inne budowle, miedzy innymi cyrk. Podstawową przyczyną bardzo wolnego postępu prac restauracyjnych jest, jak zawsze, brak pieniędzy. Dla osób interesujących się historią starożytną zwiedzenie ruin w Douga będzie z pewnością ciekawym doznaniem.
     Od tej chwili rozpoczynamy podróż na południe wzdłuż granicy algierskiej. Zatankowaliśmy olej napędowy i stwierdziliśmy, że nasze przeciętne zużycie paliwa to 23 litry na 100 kilometrów. Biorąc pod uwagę przeciętne ukształtowanie terenu, gdzie momentami jego nachylenie sięgało 30%,  taki wynik nie jest wcale zły.
     Litr oleju napędowego kosztuje tutaj  średnio 1,03 dinara co stanowi równowartość 0,56 Euro. Na taka cenę nie ma co narzekać. W Tunezji tankownie może sprawiać przyjemność, gdyż zużycie 23 l na 100 kilometrów oznacza  zapłatę 12,90 Euro, licząc po cenach w Niemczech, co tam wystarcza na przejechanie samochodem średniej klasy tylko 100 km.
     Po drodze do Gafsa, w jednej z mijanych miejscowości (Siliana), znajdujemy kafejkę internetowa noszącą tutaj nazwę Publinet. Godzina korzystania z łącza internetowego kosztuje 1 dinara. Łącze jest  wystarczająco szybkie. Wykorzystujemy to i na naszych stronach zamieszczamy bieżące relacje.
     Okolice Gafsa są dosyć monotonne. Mamy jednak informację, że w mieście jest supermarket Carrefour. Trochę inaczej wyobrażaliśmy sobie dom towarowy. Ten jest położony w samym centrum, przy ruchliwej ulicy i nie ma własnego parkingu. Cześć oferująca środki spożywcze ma wielkość przeciętnego sklepu „Biedronka”. Tego czego najbardziej pragniemy także i tutaj nie możemy kupić. Jednak jak zawsze spotykamy usłużnego Tunezyjczyka, który w tym zakresie oferuje nam swoja pomoc. Mówi  płynnie po niemiecku i zna kilka polskich zwrotów.  Okazuje sie, że podczas podróży po Europie parę tygodni spędził w Warszawie. Tunezyjczyk prowadzi  nas do znajdującej sie w pobliżu klitki, w której sprzedawane jest wino i piwo zawierające alkohol. Wybór win to aż dwa gatunki z tegorocznych zbiorów.  Dają sie one co prawda pić, ale doznania smakowe jakie zapewniają są, eufemistycznie mówiąc, specyficzne.
     Kierujemy się głębiej na południe, w kierunku wąwozu Seldia. Zaparkowanie tuż przy stacji pomp, gdzie zaczyna sie wąwóz jest praktycznie możliwe tylko dla dużych samochodów terenowych. Zapadające ciemności skłaniają nas do zawrócenia i poszukania miejsca na nocleg gdzie indziej. Jutro planujemy zobaczyć wąwóz z pokładu pociągu, który specjalnie dla turystów raz dziennie przejeżdża po torach ułożonych na jego dnie.
     Rano jedziemy do miasta Metlaoui. Stąd planujemy rozpocząć podróż pociągiem z salonką noszącą wdzięczną nazwę „Czerwona Jaszczurka”. Według przewodnika odjazd planowany jest codziennie o godzinie 10:30. Dworzec odnaleźliśmy bardzo szybko a spotkany kolejarz, mówiący po angielsku, udzielił nam  wszelkich potrzebnych informacji. Dowiedzieliśmy się, że w dniu dzisiejszym pociąg nie jedzie. Właściwie to nie jeździ już od maja, gdyż jest zbyt mało przyjezdnych  chętnych na taką przejażdżkę. Turyści-obcokrajowcy, kontynuował kolejarz, od czasu naszej „rewolucji” boją się do nas przyjeżdżać a to przecież nie była żadna rewolucja a zaledwie polityczna wiosna.
     Szkoda, myślimy sobie i mówimy kolejarzowi, że w takim razie pojedziemy pociągiem roboczym dowożącym robotników do pracy w kamieniołomach. O takiej możliwości przeczytaliśmy w przewodniku. Nasze oświadczenie wprawiło kolejarza w widoczne zakłopotanie. Z przykrością stwierdził on, że od tygodnia także i ten pociąg nie jeździ. Po przeprowadzonych niedawno wyborach miejscowi pracownicy nie bardzo chcą sie pogodzić z ich wynikami i dzięki uzyskanej demokracji podjęli strajk. W takim razie rezygnujemy z obejrzenia wąwozu i pakujemy sie do Unimoga. Naszym następnym celem jest Douz.
                                                                                                                                                                                                      TP.